Fobia społeczna

Ekstremalna nieśmiałość - tak określa się fobię społeczną (tu mowa o socjofobii, antropofobii i glossofobii). To lęk przed byciem obserwowanym i ocenianym, przed kompromitacją i upokorzeniem. Dziś, gdy przez życie idzie się przebojem, musi być szczególnie dotkliwy. Mało teraz miejsca dla nieśmiałych.

Lęk społeczny to rodzaj tremy życia codziennego - obawa przed spotkaniem z płcią przeciwną, przed egzaminami, przed byciem w centrum zainteresowania, przed utratą kontroli nad ciałem - generalnie rzecz biorąc lęk przed oceną. Bywa rozsądną reakcją na wiele sytuacji. W mniejszym lub większym stopniu doświadczają go niemal wszyscy ludzie.

Według badań amerykańskich 20 proc. populacji deklaruje ogromną obawę przed wystąpieniami publicznymi. Jedna czwarta ludzi sceny i estrady przyznaje, że trema stanowi dla nich poważny problem. Dotyczy to nawet takich gwiazd jak Madonna, Michael Jackson czy Luciano Pavarotti. Barbara Streisand doświadczała tremy tak ogromnej, że porzuciła występy na 27 lat.

Więzi międzyludzkie i sukces życiowy w dużej mierze zależą od tego, jaki wizerunek nas samych udało się nam "sprzedać". Pragnienie kontroli i sterowania tym wrażeniem są więc rzeczą naturalną. Lęk społeczny pojawia się wraz z wątpliwością, czy wrażenie, jakie sprawiamy na innych, jest na pewno takie, jakbyśmy chcieli. Mark Leary i Robin Kowalski, autorzy książki "Lęk społeczny", twierdzą, że tylko wtedy w ogóle go nie odczuwamy, gdy kompletnie nie zależy nam, jak jesteśmy postrzegani, albo gdy mamy absolutną pewność siebie. Są to sytuacje rzadkie u zdrowych psychicznie ludzi.
Piekło to inni

Fobia to skrajny punkt na skali lęku. Diagnozuje się ją wtedy, gdy lęk jest uporczywy, nieproporcjonalny do zagrożenia, paraliżuje i obezwładnia. Chorzy przeżywają gehennę za każdym razem, gdy muszą wyjść po zakupy, porozmawiać z obcym, załatwić coś w urzędzie czy wsiąść do autobusu. W przypadkach najcięższych fobia zatrzaskuje człowieka w czterech ścianach domu w samotności niemal absolutnej.

Anna Potoczek opisała w "Psychiatrii Polskiej" (4/05) historię swojego pacjenta, który trafił do niej z rozpoznaną fobią społeczną i zespołem natręctw. Boguś urodził się w 1985 r. Jako niemowlę często i głośno płakał. Jako dziecko nie lgnął do rówieśników, najczęściej bawił się w milczeniu układając skrawki papieru albo elementy gier planszowych, zatracając się całkowicie w tych czynnościach. Mówił mało i cicho, ale z terapii u logopedy zrezygnowano, bo podczas spotkań w ogóle nie chciał się odzywać. W szkole nie chciał odpowiadać na pytania nauczycieli, a kłopoty z mówieniem nasilały się z każdym rokiem. Z trudem ukończył podstawówkę, ale w liceum wytrzymał tylko cztery miesiące i odmówił dalszej nauki. Od tej pory prawie nie wychodzi z domu, nie kontaktuje się z otoczeniem. Rozmawia tylko z pięcioma członkami najbliższej rodziny, ale tylko gdy w pobliżu nie ma osób postronnych. Wówczas czerwieni się, zaczyna wiercić, wreszcie ucieka i barykaduje się w ubikacji. Rodzice są bezradni, bo na wszelkie próby nacisku reaguje wielogodzinnym milczeniem albo agresją. W końcu przyzwyczaili się i uznali, że Boguś jest po prostu "inny". Matka zwróciła się po pomoc do psychiatrów, gdy Boguś dostał wezwanie do wojska. Po wielomiesięcznej terapii przestał reagować paniką w obecności obcych, zaczął chodzić na kółko plastyczne, ale ani razu nie spróbował bezpośrednio komunikować się z terapeutką ani werbalnie, ani pisemnie (sytuacja, że ktoś zobaczy jego charakter pisma, także budzi w nim lęk).

Fobia społeczna ujawnia się już w dzieciństwie u około 15 proc. chorych. Dzieci takie są lękliwe, nieśmiałe, mają kłopoty z nawiązaniem kontaktu z obcymi (także wzrokowego). Mówią zazwyczaj szeptem, w szkole godzą się odpowiadać tylko w formie pisemnej, nie podejmują rywalizacji. W bezpiecznym środowisku natomiast potrafią zachowywać się zupełnie normalnie. "Bez trudu mówią, bawią się i interesują wieloma sprawami, absorbując coraz bardziej i bardziej najbliższe osoby, które stopniowo stają się jedyną wyspą kontaktu, a zarazem barierą oddzielającą od zagrażającego, nieznanego świata. Prowadzi to do narastania błędnego koła społecznej izolacji" - pisze Anna Potoczek.

Według dr Beaty Janke-Klimaszewskiej z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie kolejnym punktem krytycznym jest okres dojrzewania. Potwierdzają to statystyki: fobia społeczna u blisko 45 proc. chorych ujawnia się w wieku 11 - 20 lat.


Spadek po praprzodkach

Psychologowie sporządzili listę przedmiotów, zjawisk i sytuacji wywołujących fobie. Na głównych miejscach znalazły się: otwarte przestrzenie, tłumy, zwierzęta, owady, przestrzenie zamknięte, wysokość, choroby i burze - wszystko to rzeczy groźne dla naszych przodków w procesie ewolucji. "Fobie czają się w głębiach psychiki każdego z nas. Są one przejawem mrocznych, pierwotnych obaw, przykładem psychologicznych więzi łączących nas z biologiczną przeszłością" - pisze Martin Seligman w książce "Co możesz zmienić, a czego nie możesz".

Podobnie jak inne zjawiska z życia emocjonalnego człowieka, fobie są wynikiem przystosowania, efektem doboru naturalnego. Ten, kto bał się węży, łatwiej unikał ich jadu i mógł przekazać dalej swoje geny. Pytanie, jaką rolę pełnił dla naszych przodków lęk społeczny. Leary i Kowalski porównują go z bólem jako czynnikiem alarmowym, powstrzymującym przed zrobieniem sobie krzywdy. Lęk społeczny to emocja powstrzymująca człowieka przed wywieraniem niepożądanego wrażenia, a co za tym idzie chroniąca przed odrzuceniem przez grupę. Samotnikowi trudniej było przetrwać, więc ewolucja wyselekcjonowała tych, którzy lubią być w grupie. Jesteśmy potomkami najbardziej towarzyskich przodków. Według innej koncepcji lęk społeczny rozwinął się jako system negocjowania pozycji w grupie - taktyka uległości pozwalała uniknąć agresji stojących wyżej w hierarchii. Tak czy inaczej - podsumowują Leary i Kowalski - lęk społeczny miał fundamentalne znaczenie, bo umożliwiał ludziom życie w grupie, pomagał włączać się w społeczność i integrować z nią.

Lęk, który wyrósł z potrzeby bycia z innymi, w skrajnej postaci fobii społecznej prowadzi do całkowitej niemal izolacji. To paradoks tej choroby.


Zespół pustej lodówki

W sytuacjach zagrożenia następuje przyspieszenie akcji serca, oddechu, podnosi się ciśnienie krwi, napięcie mięśniowe - to zmiany wynikające z pobudzenia współczulnego układu nerwowego, przygotowujące organizm do reakcji: walcz albo uciekaj. U fobików zwykle jest to: uciekaj. Wystarcza sama myśl o zagrażającej sytuacji. To kolejny fragment błędnego koła fobii społecznej - jest to strach przed strachem. Objawy, które mu towarzyszą: pocenie, drżenie rąk, parcie na mocz, biegunka, czerwienienie się, lubią mieć naturę samosprawdzającej się przepowiedni. Ktoś, kto pilnuje, żeby się nie jąkać, będzie jąkał się tym bardziej, obawa przed rumieńcem sprawia, że twarz staje się purpurowa.

Objawy towarzyszące fobii społecznej takie jak: palpitacje serca, duszności czy biegunki mogą w konsekwencji doprowadzić do powstania schorzeń somatycznych. Jedna z pacjentek dr Janke-Klimaszewskiej, reagująca biegunką w sytuacjach stresowych, "wyhodowała" sobie wreszcie zespół jelita wrażliwego. Biegunka stanowiła dla niej alibi do niewychodzenia z domu na klasówkę czy egzamin.

Statystyki na temat fobii są bardzo rozbieżne. Według jednych badań cierpi na nią 2 - 4 proc. populacji, według innych nawet 16 proc. Przyczyną tego może być fakt, że fobia społeczna rzadko występuje w postaci izolowanej. Często łączy się z agorafobią, zespołami natręctw, depresją, anoreksją czy alkoholizmem. Tylko 40 proc. pacjentów nie ma dodatkowego rozpoznania. Przyczyna trzecia wreszcie to świadomość chorych, którzy swoje problemy postrzegają raczej jako cechę osobowości, a nie zaburzenie, i zgłaszają się na terapię jedynie w ostateczności.

Fobii nie należy lekceważyć, bo jej skutki mogą być groźne. W USA połowa młodych ludzi cierpiących na fobię społeczną nie kończy szkoły średniej. Zagrożenie samobójstwem przy zaburzeniach lękowych jest trzykrotnie wyższe niż przy innych zaburzeniach, nawet depresji.


Jak rozbić talerz

Leczenie farmakologiczne w przypadku fobii społecznej pomaga jedynie doraźnie. Prawdopodobieństwo nawrotu po odstawieniu leków jest duże. Poza tym środki antydepresyjne i uspokajające (takie jak xanax czy beta-blokery) mają skutki uboczne i mogą uzależniać. Lepsze rezultaty daje psychoterapia. Problem w tym, że żeby wyleczyć się z chorobliwej nieśmiałości i lęku przed ludźmi, trzeba najpierw samemu go pokonać i iść opowiedzieć o swoich problemach obcemu w końcu człowiekowi. To kolejny paradoks fobii społecznej.

Do Polskiego Instytutu Psychoterapii Krótkoterminowej w Krakowie pacjenci z fobią społeczną zgłaszają się w zasadzie w dwóch sytuacjach: albo przed ważnym życiowym wydarzeniem (np. matura), które chcą przejść z sukcesem, albo gdy są już kompletnie wyczerpani, bo poziom cierpienia przekroczył granicę wytrzymałości.

- Pacjent musi zaufać terapeucie, poczuć się bezpiecznie. To jest trudne, bo ci ludzie są z natury nieufni, ale bez zbudowania takiej relacji nic się nie uda - tłumaczy Andrzej Nehrebecki, psychoterapeuta z Polskiego Instytutu Psychoterapii Krótkoterminowej. - Potem może nastąpić etap interwencji na poziomie myślenia - praca z destrukcyjnymi przekonaniami na swój temat czy wizualizacją zagrażających sytuacji, i na poziomie działania. W końcu interwencja na poziomie działania. Jest to rodzaj behawioralnego treningu, gdy w warunkach terapii odgrywamy kluczowe sytuacje. Pacjent musi czegoś doświadczyć, powiedzmy niewielkiej dezaprobaty grupy, i zobaczyć, że się od tego nie umiera. Fachowo nazywa się to desensytyzacją, czyli znieczuleniem, przyzwyczajeniem do bodźca.

Zadania Andrzeja Nehrebeckiego są wśród wychowanków Instytutu słynne. Jednej z pacjentek polecił pójść do kina, usiąść w środku rzędu i w najciekawszym momencie filmu wstać, powoli przejść w kierunku wyjścia, a potem w ten sam sposób wrócić i siedzącego przed nią mężczyznę zapytać, co się działo w filmie, gdy musiała wyjść. Spodziewała się potwornej awantury. Ludzie co prawda syczeli, ale świat się nie zawalił, a mężczyzna, gdy zobaczył atrakcyjną kobietę, chętnie opowiedział brakujący fragment. Inna z kolei miała iść do baru mlecznego wraz z grupą terapeutyczną, zamówić barszcz czerwony i powoli przesuwać talerz do krawędzi stołu opowiadając jednocześnie grupie o swoich odczuciach. Potem miała delikatnie strącić talerz obserwując jego spadanie i rozbijanie, czyli kontrolując katastrofę. Nie wolno jej było posprzątać, tylko zgłosić szkodę. Zamiast oczekiwanej reprymendy, usłyszała od kobiety w barze, że są w życiu gorsze nieszczęścia.

- Czasem jedno intensywne doświadczenie wystarczy, bo jak w dominie uruchamia pewien proces. Czasem trzeba je powtarzać wielokrotnie - mówi Andrzej Nehrebecki.

Miejsce dla nieśmiałych

Na powstanie fobii społecznej składają się cztery czynniki. Genetyczny, przy czym nie dziedziczy się fobii, ale podatność na lęk. Rodzinny - gdy rodzice odrzucają dziecko albo są nadmiernie krytyczni, surowi i wymagający. Jak mówi Milena Karlińska "przepis na fobika" to dużo krytyki, publiczne upokarzanie, wyśmiewanie i poniżanie dziecka. Bez tych dwóch czynników fobia się nie pojawi. To one kształtują osobowość. Kolejne dwa to czynnik wyzwalający i podtrzymujący, które pochodzą z otoczenia w jakim żyjemy. A czasy nie sprzyjają dziś nieśmiałym i lękliwym. Próg oczekiwań społecznych w stosunku do młodych ludzi jest wysoki. Trzeba sobie radzić, być asertywnym, najlepszym, wykazać się, osiągnąć sukces. Tolerancja na przegraną jest mała, porażka to wstyd. Reklama kreuje wzorzec rozkrzyczanej i rozbawionej młodzieży, a nierealne kryteria urody wyznaczają topmodelki i filmowi supermani. Im wyższe oczekiwania, tym wyższy lęk, a im wyższy lęk, tym mniejszy potencjał. I tak błędne koło fobii się zamyka.

- Tak jak w przestrzeni publicznej potrzebne jest miejsce dla ludzi niepełnosprawnych, tak w przestrzeni społecznej potrzebne jest godne miejsce dla nieśmiałych - mówi Andrzej Nehrebecki. - Problem w tym, jak je stworzyć.

źródło: Polityka - nr 37 (2521) z dnia 2005-09-17; s. 82-85

Autor: Joanna Podgórska